wtorek, 10 października 2017

Co mnie najbardziej irytuje w salonach fryzjerskich?


Po tym, jak wiele osób przeczytało mój wpis pt. „Czego najbardziej nie lubię u fryzjerów?”, postanowiłam wrócić do tego zagadnienia i przygotować tekst na podobny temat. Podobny, ale nie taki sam, salon fryzjerski to bowiem zupełnie coś innego niż fryzjer: na jego dobre funkcjonowanie składa się kilka czynników, które nie zawsze są bezpośrednio związane z celem, który chcemy osiągnąć, gdy go odwiedzamy. Innymi słowy, to nie salon nas czesze, ale to nie znaczy, że jego organizacja (jako miejsca) jest bez znaczenia. Od salonu oczekujemy też zupełnie czegoś innego niż od fryzjera – człowieka – i co innego może nas w nim denerwować. System działania, higiena, sposób umawiania wizyt, traktowanie klientów… jest naprawdę wiele elementów, w ramach których salon fryzjerski może zaliczyć poważną wpadkę. Oto, co mnie drażni w niektórych z nich.

Głośna muzyka w salonie fryzjerskim

Na szczęście takie salony są już rzadkością – a przynajmniej ja od pewnego czasu już na nie w Warszawie nie trafiam. Kiedyś jednak były plagą. To właśnie dlatego trudno mi było zrozumieć, jak można traktować pójście do fryzjera jako relaks: rozumiem, że to moment, kiedy robimy coś dla siebie, ale czy to jest przyjemne? Ja nie mogłam się nigdy odprężyć, gdy – poza szumem suszarek, co w salonie fryzjerskim jest oczywiście w pełni uzasadnione – musiałam jeszcze słuchać głośnych przebojów Radia Eska czy innych dance’owych hitów, za którymi nie przepadam.

Salon jest brudny i nie przestrzega się w nim higieny

Jeśli oglądaliście kiedykolwiek programy w stylu „Ostre cięcie”, to pewnie widzieliście, w jakim stanie są sprzęty trzymane w niektórych salonach fryzjerskich: nieoczyszczone z włosów szczotki i golarki, lepiące się grzebienie, brudne fartuchy, które fryzjerki zakładają klientom… Pamiętam odcinek, w którym pokazywano salon, którego właścicielka tak bardzo chciała zaoszczędzić, że zamiast ręczników papierowych używała naprawdę brudnych, poplamionych szmat. Niewiarygodne, że przyzwyczaiła się do nich na tyle, że nawet nie wyrzuciła ich przed przyjazdem telewizji…

Jak sięgam pamięcią, nie przypominam sobie, abym była świadkiem jakiegoś rażącego zaniechania higieny w salonach fryzjerskich, które odwiedzałam. Zawsze jednak z ciekawością patrzę na to, co fryzjerka, która mnie czesze, robi w przypadku na przykład upuszczenia na podłogę grzebienia lub szczotki.

Trudo umówić się na wizytę

Nie chodzi mi o to, że salon jest świetny i ma mnóstwo klientek, przez co zapisanie się na wizytę graniczy z cudem. Mam na myśli takie salony, do których trudno się dodzwonić, a wizyty są regularnie przekładane lub odwoływane. Kiedyś chodziłam do fryzjera, u którego większość prób zapisania się przez telefon wyglądała następująco:

- Dzień dobry, chciałabym się umówić na wizytę do Państwa.
- Dzień dobry, jasne, ale jest dopiero 11.00, ja jeszcze nie włączyłam systemu komputerowego, proszę zadzwonić za pół godziny, bo on się długo uruchamia.

Oczywiście za pół godziny system jeszcze nie działał, a ja przez najbliższe godziny tego dnia próbowałam złapać moment, w którym wreszcie ruszy. Zawsze mnie dziwiło, dlaczego zatem salon nie korzysta poza tym ze zwykłego papierowego kalendarza?

Salon jest źle zorganizowany

Dobry salon ma poczekalnię – koniec i kropka. Poczekalnię, w której klienci mogą usiąść, powiesić płaszcz i w spokoju poczekać na swoją kolej. Niekoniecznie trzeba im proponować coś do picia (chociaż byłoby miło), ale na pewno ktoś powinien każdą nowo wchodzącą do salonu osobę, jeśli jest kolejka, po prostu przywitać. To drobiazg, ale naprawdę świadczy o danym miejscu.

Pamiętam, jak kiedyś chodziłam do salonu fryzjerskiego, w którym zapominano o tym szczególe. Jeśli dwie fryzjerki były akurat zajęte, a wchodziła nowa klientka, nikt nie zwracał na nią uwagi, póki sama się o nią nie doprosiła. Wyobraźcie sobie, że przychodzicie na umówioną wizytę, a personel zachowuje się, jakbyście były niewidzialne: nikt nie mówi wam, kiedy będzie wasza kolej ani czy w ogóle zostaniecie przyjęte. Siadacie i czekacie, zdane na łaskę i niełaskę fryzjerek.

Wracając jednak do poczekalni: tak, byłam kiedyś w (dodajmy: bardzo znanym) warszawskim salonie – w którym poczekalni w zasadzie nie było. W zasadzie, bo w oczekiwaniu na swoją wizytę siedziałam na krześle na środku salonu, nie wiedząc kto i kiedy do mnie podejdzie. W dodatku była zima, a nikt nie wziął ode mnie kurtki, ściskałam ją więc przez dobrych kilkanaście minut na kolanach.

Notoryczne opóźnienia

Są takie salony, gdzie klientki umówione na konkretną porę są obsługiwane godzinę później, zawsze trzeba czekać i nigdy nie wiadomo, ile czasu przyjedzie nam czatować na niewygodnej kanapie w poczekalni (zazwyczaj bez łyka wody). Nie zrozumcie mnie źle: nie chodzi mi o piętnaście minut, bo to nie problem. Pół biedy, jeśli zdarza się to od czasu do czasu (bywa że trudno wyliczyć, ile zajmie konkretne strzyżenie czy farbowanie), wiem jednak, że są miejsca, w których takie postępowanie to standard. I dziwię się, że jeszcze mają klientów.

A co Was irytuje w salonach fryzjerskich? Zwracacie uwagę na kwestie, o których wspomniałam?

poniedziałek, 2 października 2017

Recenzja: John Frieda, Beach Blonde, Wygładzająca odżywka ułatwiająca rozczesywanie Smooth Seas


Szum morza, szelest palmowych liści, słońce, piasek, gorące powietrze… to wszystko czuję, gdy odkręcam butelkę odżywki John Frieda „Smooth Seas”. Serio, wakacje w pełni.

Oceny cząstkowe: dobryneutralnysłaby.

Opakowanie

Bardzo wygodne: półtwarda przeźroczysta butelka z odkręcanym korkiem. Można ją ścisnąć, by wydobyć nawet resztkę produktu. Gdy odżywka się kończyła, postawiłam ją zresztą do góry nogami, by kosmetyk mógł do końca spłynąć. Jak dla mnie opakowanie praktycznie idealne.

Zapach

Przepiękny! Świeży, orzeźwiający, mentolowy – pachnie cudownie i długo utrzymuje się na włosach. Jeden z takich, które długo się pamięta.


Skład

Aqua (woda), Cetearyl Alcohol (emolient), Behenamidopropyl Dimethylamine (antystatyk, emulgator), Parfum (zapach), Dimethicone (silikon, który można usunąć łagodnym szamponem), Stearyl Alcohol (emolient), Lactic Acid (kwas mlekowy), Isopropyl Palmitate (emolient), Benzyl Alcohol (alkohol o działaniu wysuszającym), Propylene Glycol (humektant), Mentha Piperita Leaf Extract (ekstrakt z mięty pieprzowej), Disodium Edta (konserwant), Menthol (mentol), Menthyl Lactate (chłodzi, odświeża), Glycerin (gliceryna), Glycine (aminokwas, wspomaga odbudowę keratyny), Distearyldimonium Chloride (emolient), Ethylhexyl Methoxycinnamate (filtr UV), Malic Acid (kwas jabłkowy), Benzophenone-4 (filtr UV), Aleurites Moluccana Seed Oil (olej z orzeszków kukui), Methylchloroisothiazolinone (konserwant), Methylisothiazolinone (konserwant), Limonene (składnik zapachowy), Linalool (składnik zapachowy).

Nie jest idealnie, ale skład nie jest zły – przede wszystkim sporo tu emolientów i pielęgnujących dodatków wśród których (chociażby zapachem) wyróżnia się mentol. Składnik ten wspomaga walkę z łupieżem, zmiękcza, wygładza i chłodzi. W odżywce zajdziemy też aminokwas, który wspomaga odbudowę keratyny, kwas mlekowy i jabłkowy oraz olej z orzeszków kukui. Wielki plus za filtry przeciwsłoneczne. Na czerwono na liście składu zaznaczyłam natomiast cztery składniki: wysuszający alkohol (niestety jest dość wysoko) i konserwanty.


Działanie

Odżywkę Smooth Seas nakładałam zawsze na kilka minut po myciu głowy. Daję jej mocną czwórkę z plusem, bo faktycznie nawilża i odżywia włosy – moje były po niej gładkie i sprężyste, a do tego – a to dodatkowa zaleta! – pięknie i świeżo pachniały jeszcze długo po myciu.

Konsystencja i wydajność

Konsystencja odżywki jest przeciętna (półrzadka), a kosmetyk łatwo rozprowadza się na włosach. W opakowaniu znajduje się jej 250 ml i mnie starczyła na kilka tygodni używania.

Cena i dostępność

Odżywka kosztuje około 35 zł. Dla mnie to jest cena na granicy kosmetyku droższego, zważywszy na to, jak wiele dobrych podobnych produktów kupimy za 10-20 zł, jednak jeszcze do przełknięcia. A gdzie ją znajdziemy? Myślę, że w popularnych drogeriach, chociaż pewnie nie wszystkich, ewentualnie przez internet.

Podsumowanie

Całkiem dobra – jeśli nie liczyć wysuszającego alkoholu, który nie wszystkim służy – odżywka, która moim zdaniem świetnie nada się na lato za sprawą filtrów przeciwsłonecznych, chłodzącego mentolu i dużej ilości emolentów. To jedna z nielicznych propozycji tej firmy, która nieźle się u mnie sprawdzała.


Znacie Johna Friedę? Lubicie kosmetyki z mentolem?

Polecam:

niedziela, 24 września 2017

Aktualizacja włosów – lato 2017 | Fotorelacja z ostatnich miesięcy


Moją pielęgnację z ostatnich miesięcy można streścić w dwóch słowach: totalne zaniedbanie. Przygotowania do ślubu i nadmiar innych obowiązków sprawił, że nie miałam już czasu ani ochoty na nic, co wykraczałoby poza umycie głowy i nałożenie odżywki. Porzuciłam olejowanie, testowanie nowości, nie sięgałam po nic nadprogramowego. Zapominałam nawet o zabezpieczaniu końcówek, bo gdy wieczorem kładłam się spać, byłam już tak zmęczona, że o tym drobnym zabiegu najczęściej przypominałam już sobie, leżąc w łóżku.

I tak dotrwałam do września, niestety nie bez strat – zaobserwowałam pogorszenie się stanu włosów i nie ma się o dziwić, że tak się stało. Przede wszystkim miałam już mocno przerzedzone końcówki (co widać na powyższym zdjęciu), których nie ścinałam z myślą o uczesaniu na ślub. Nie mogłam się już jednak doczekać, aż je wreszcie zetnę! Od prawie dwóch tygodni mam już włosy do ramion, ale o tym będzie w kolejnym podsumowaniu :)

Dwa tygodnie przed ślubem (moją fryzurę ślubną możecie zobaczyć tutaj) odwiedziłam swoją fryzjerkę i stonowałam swój odcień włosów – efekty możecie zobaczyć na poniższych zdjęciach. Poza tym od kilku tygodni łykam kapsułki Kerabione i mam wrażenie, że całkiem nieźle wpływają na moje włosy jeśli chodzi o wstrzymywanie ich wypadania.



Jakich kosmetyków używałam latem?

Jak już wspominałam, nie było tego wiele. Jestem wciąż wierna masce Davines (to już moje drugie opakowanie), bo stosowana regularnie faktycznie nieźle tonuje włosy blond, a przy tym nie przesusza ich, a raczej pielęgnuje. Latem korzystałam też ze sprayu chroniącego przed słońcem Medavita, którego recenzję postaram się niedługo zamieścić.

Jeśli chodzi o podstawę, czyli szampony, to korzystałam z delikatnego Fortesse marki Halier, który nie zawiera mocnych detergentów, a od czasu do czasu – z silniej oczyszczającego Regenerum. Jako odżywkę stosowałam Radical, a maskę – silnie zakwaszającą marki Alcantara. Do mało regularnego zabezpieczania końcówek służył mi olejek Cameleo.



 Najlepsze wpisy lata

Letnie migawki z Instagrama 

Post udostępniony przez Fair hair care (@mfair_hair_care)


Post udostępniony przez Fair hair care (@mfair_hair_care)

Post udostępniony przez Fair hair care (@mfair_hair_care)












niedziela, 17 września 2017

Recenzja: Dabur, Amla, Olejek do włosów blond Jasmine Hair Oil


Olejek Amla Jasmine zamówiłam już dawno temu przez internet, korzystając z dnia darmowej dostawy. Już wtedy rozjaśniałam włosy do blondu i potrzebowałam takiego produktu, który będzie dla nich odpowiedni. Niestety, wtedy jeszcze nie wzięłam pod uwagę tego, że tego typu olejek może wpływać na żółknięcie włosów.

Oceny cząstkowe: dobryneutralnysłaby.

Opakowanie

Wygodna plastikowa odkręcana butelka w kartonowym opakowaniu. Mieści 200 ml olejku. Wolę takie rozwiązanie w tego typu kosmetyku niż atomizery czy opakowania z mikrodozownikiem. Zastanawia mnie tylko dlaczego – skoro olejek jest do blondu – na opakowaniu widnieje podobizna brunetki…

Zapach

Bardzo intensywny, chemiczno-ziołowy, ciężki i charakterystyczny. Gdy użyłam go po raz pierwszy do olejowania włosów, mój (wówczas jeszcze) narzeczony, przechodząc obok, zapytał, co tak dziwnie pachnie. Zadałam mu więc pytanie, czy ta woń wydaje mu się ładna czy nie, a on na to zdecydowanie i od razu odpowiedział, że to drugie. Indyjskie kosmetyki chyba już to do siebie mają, że ich zapach jest zwykle mocny i duszący i trudno się do niego szybko przyzwyczaić.


Skład

Mineral oil (Paraffinum Liquidum) (parafina), Canola oil (olej canola otrzymywany z rzepaku), Elaeis guineensis oil (olej palmowy – olejowiec gwinejski), Phyllanthus emblica (Amla ) extract (amla), Perfume (Jasmine) (zapach), Isopropyl Myristate (emolient), Cyclopentasiloxane (silikon lotny), Phenyl trimethicone (silikon usuwalny za pomocą łagodnych detergentów myjących), Butyl Methoxydibenzolmethane (filtr UV), Rosmarinus officinallis oil (olej z rozmarynu), Tocopheryl Acetate (antyoksydant), Tertiary Butyl Hydroquinone (zapach), D&C Yellow No. 11 (Ci 47000) (żółty barwnik), D&C Green No. 6 (Ci 61565) (zielony barwnik).

Nie za bardzo wiedziałam, jakim kolorem w składzie zaznaczyć parafinę: z jednej strony nie jest to olej roślinny, w związku z czym nie zawiera substancji odżywczych, z drugiej zaś – wykazuje świetne właściwości okluzyjne, dzięki czemu świetnie ochrania włosy, zapobiega utracie wilgoci, wygładza i minimalizuje puszenie. Wiele z nas nakłada ją na włosy w czystej postaci głównie w celu ich dociążenia i okiełznania.

Pozostaje jednak pytanie, czy jeśli na pierwszym miejscu składu jest parafina, to czy ona przypadkiem nie utrudnia lub wręcz uniemożliwia wchłanianie przez włosy pozostałych substancji zawartych w olejku?

Pisząc o składzie, nie sposób nie wspomnieć o tytułowej amli. Jest to roślina często wykorzystywana w medycynie ajurwedyjskiej ze względu na swoje odmładzające właściwości. Amla działa też świetnie na cebulki włosów, pomaga przy wypadaniu włosów, nadaje połysk, działa jak antyoksydant, a przy tym jest najbogatszym znanym źródłem witaminy C.

Czy więc skład olejku Amla Jasmine jest dobry, czy zły? Ja uznaję go za średni: z taką dawką parafiny będzie zapewne dobrze działał doraźnie, jeśli jednak chcemy odżywić i wzmocnić włosy, warto sięgnąć po coś innego. Trzeba też zaznaczyć, że na każdego parafina może działać nieco inaczej – łącznie z tym, że u wielu zwyczajnie przeciąża włosy, które po jej użyciu stają się zbyt oklapnięte i przylizane.


Działanie

Wbrew polskiej naklejce na opakowaniu nie nakładałam olejku na skórę głowy w obawie przed tym, jak może zadziałać na nią parafina. Do odżywiania cebulek wolę używać wcierek lub kosmetyków z innym, bogatszym składem. Amlę nakładałam na włosy zazwyczaj na godzinę lub dwie, często pod turban termalny. Nie stosowałam się do wspomnianej już naklejki także z tego powodu, że możemy wyczytać z niej takie farmazony, jak to, że olejek Amla „odbudowuje rozdwojone końcówki”. Serio?...

Niestety, z czasem zauważyłam, że olejek wpływa na żółknięcie moich włosów, stosowałam go więc sporadycznie. Od czasu do czasu sprawdzał się jednak całkiem nieźle, jednak jego zapach skutecznie utrudniał użytkowanie.

Konsystencja i wydajność

Dość rzadki, oleisty, ale naprawdę bardzo wydajny – mam wrażenie, że go prawie nie ubywa z butelki mimo wielu miesięcy stosowania (chociaż nie sięgałam po niego zbyt regularnie).


Cena i dostępność

Olejek Amla Jasmine kosztuje zazwyczaj około 20-30 zł. Dostaniemy go najszybciej przez internet, a także na stoiskach z kosmetykami indyjskimi i naturalnymi (o dziwo, bo przecież taki naturalny to on wcale nie jest).

Podsumowanie

Olejek Amla Jasmine może być dobrym kosmetykiem na zimę, jeśli chcemy ochronić włosy przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi – duża ilość parafiny i silikonów, a także oleje na pewno nam w tym pomogą. Polecałabym jednak nakładać go na włosy od czasu do czasu – nie za często, żeby ich nie obciążył. Warto stosować go na zmianę z czymś bardziej odżywczym, na przykład zwykłym czystym olejem.

Czy więc warto kupić ten kosmetyk? Wszystko zależy od tego, czego szukamy: jeśli chcemy dociążyć włosy i zapobiec ich puszeniu, olejek Amla Jasmine będzie świetnym wyborem, jeśli zaś poszukujemy czegoś do wzmocnienia i odżywienia włosów, polecałabym raczej sięgnąć po coś o bogatszym składzie bez parafiny. 

Znacie tej olejek? Czy zwracacie uwagę na zapach kosmetyków?

Polecam:

środa, 13 września 2017

Fryzura ślubna dla cienkich włosów | Moja fryzura ślubna | Jak zaplanować fryzurę ślubną i wybrać fryzjera?


Dość długo mnie tu nie było, a wszystko przez mój ślub i wesele, które odbyły się na początku września. Przygotowania i załatwianie rozmaitych spraw (a do tego oczywiście praca i inne zobowiązania) zajęły mi w sierpniu tyle czasu, że nie starczyło mi go już na pisanie czegokolwiek na bloga. Teraz powoli wracam już do normalności, a pierwszy wpis po długiej nieobecności przeznaczam – a jakżeby inaczej – na opisanie Wam, na jaką fryzurę ślubną się zdecydowałam. Tym bardziej, że część z Was mnie o nią pytało!

Fryzura ślubna dla cienkich włosów – dylematy i opcje

Zacznę od tego, że nie jestem typem kobiety, która całe życie marzyła o tym, by wyjść za mąż, a w czasach szkolnych kolekcjonowała wycinki ze ślubnych katalogów, które wklejała do trzymanego pod łóżkiem segregatora. O nie. Temat ślubów nigdy mnie nie interesował i nawet przygotowując się do własnego, nie wpadłam w żadną przedślubną gorączkę. To, jak tego dnia będę uczesana, także nie planowałam zbyt skrupulatnie – miałam jedynie pewne wyobrażenie, jak taka fryzura mogłaby wyglądać, a przede wszystkim – jak nie powinna.

Jeśli regularnie do mnie zaglądacie, wiecie, że moje włosy są raczej cienkie i delikatne niż grube i gęste. Z tego względu niektóre możliwości fryzur musiałam od razu skreślić. Jedną z nich były luźne fale, które bardzo mi się podobają, ale zdecydowałam się je odrzucić z kilku powodów:
  • w dniu mojego ślubu była mżawka, po chwili fale zamieniłyby się więc w puch,
  • fale na moich włosach szybko zaczęłyby się prostować, a zbyt mocno polakierowane nie wyglądałyby zbyt dobrze,
  • w dniu ślubu miałam naprawdę długie włosy i uznałam, że będzie mi niewygodnie, jeśli nie będą upięte.

Szybko więc zweryfikowałam swoje plany i postawiłam na upięcie. Miałam tylko jeden duży warunek: nie może być gładkie. Chodziło mi po głowie uczesanie w romantycznym stylu, ale na tyle okiełznane, aby w czasie wesela nie martwić się wpadającymi do talerza i fruwającymi wokoło pasmami. Nie chciałam też fryzur przesadzonych, stworzonych z dziesiątek loczków – takich, które wydają mi się zbyt kiczowate i przypominające czasy lat 90.

Moja fryzura ślubna 


Dwa tygodnie przed ślubem poszłam do swojej fryzjerki na farbowanie i tonowanie włosów, aby nieco ochłodzić ich kolor. Z biegiem czasu, mimo stosowania odpowiednich kosmetyków, żółkną bowiem i ich odcień staje się coraz cieplejszy. Dzięki temu, po kilku myciach, w dniu ślubu miały pośredni, odpowiedni kolor. Poza tym przez ostatnie miesiące wcale ich nie obcinałam, korzystając z tego, że się nie rozdwajają – na początku września były więc naprawdę długie.

Na wykonanie fryzury ślubnej wybrałam się do salonu „Agnieszka Chełmońska Studio” na warszawskiej Pradze, gdzie czesała mnie przesympatyczna p. Ania Kamińska. Wykonanie widocznego poniżej upięcia zajęło jej nieco ponad godzinę. Fryzura była asymetryczna, zaczesana na prawą stronę. Z przodu włosy były wywinięte, a niektóre pasma luźno zwisały. Tym sposobem uniknęłam więc gładkiego koka, co bardzo mnie cieszyło. W zależności od ilości włosów w koka można wpleść sztuczne pasma bądź zastosować wypełniacz, chociaż na pewno nie każdy ich potrzebuje. Do tego uczesania potrzeba jednak wielu wsuwek – ja miałam ich chyba ze 40!


Fryzjerka wpięła mi także we włosy stroik, który wcześniej kupiłam – zdecydowałam się na delikatną ozdobę na druciku, która współgrała z moją suknią i biżuterią. Jej zaletą jest to, że można ją dowolnie wyginać i układać, a nawet – w razie potrzeby – skrócić. Welon był przypięty tuż nad nią i z nim wiązał się jedyny problem: z powodu tak dużej ilości spinek trudno było go wpiąć we włosy i wciąż się wysuwał. Bałam się, że spadnie w drodze do ołtarza, ale na szczęście zsunął się już po wyjściu z kościoła :)

Uczesanie było bardzo wygodne i trwałe – po weselu nawet w nim spałam i obudziłam się niemalże z nienaganną fryzurą :) Najgorsze było wyciąganie z włosów tych wszystkich spinek, ale z pomocą osób trzecich jakoś się to udało :)

Za wiele wprawdzie nie widać, ale chciałam Wam pokazać z suknią i (zsuwającym się) welonem ;)

Jak zaplanować fryzurę na ślub?

Jeśli zbliża się Wasza data ślubu bądź chcecie zawczasu wszystko zaplanować, oto moje rady, które – mam nadzieję – się Wam przydadzą:
  • jak najwcześniej zarezerwujcie sobie miejsce u ulubionego fryzjera – czekanie do ostatniej chwili (mam tu na myśli: kilka miesięcy przed ślubem w przypadku dobrych salonów) może skutkować brakiem miejsc. O tym, jak taki salon wybrać, napisałam poniżej.
  • Jeśli to możliwe, umówcie się na fryzurę próbną. Nie musi być ona wykonywana w miejscu, gdzie ostatecznie będziecie się czesać (moja nie była) – taka wizyta ma być dla Was inspiracją, a nie ostatecznym wybraniem kształtu uczesania. Chodzi o to, by porozmawiać z fachowcem, co pasuje do Waszej urody, włosów i sukni, ocenić, czy ładniej Wam w wysokim koku, czy może lepiej będzie postawić na luźne loki. Ja po takim spotkaniu miałam sporo nowych pomysłów na siebie!
  • Przejrzyjcie internet w poszukiwaniu inspiracji. Jeśli marzy się Wam jakieś upięcie, a wydaje się Wam, że Wasze włosy się do niego nie nadają, porozmawiajcie o tym z fryzjerem zamiast od razu rezygnować z pomysłu – może się okazać, że wystarczy pasmo sztucznych włosów lub prosty wypełniacz, aby wyczarować ją na Waszych włosach. Wszystko zależy od umiejętności fryzjera!
  • Przy wyborze fryzury uwzględnijcie – poza jej wyglądem – także to, czy będzie Wam w niej wygodnie, czy będzie pasować do twarzy i sukienki.
  • Jeśli farbujecie włosy na blond, zróbcie to tydzień lub dwa tygodnie przed ślubem – zazwyczaj w dniu ślubu wyglądają one wtedy ładniej niż w dniu farbowania lub miesiąc później.
  • Wizytę w dniu ślubu umówcie z samego rana – nie polecam czesać się dwie czy trzy godziny przed ślubem. Dlaczego? Z prostego powodu: po co dokładać sobie stresu i martwić się, że się nie zdąży? Tym bardziej, że fryzjer może mieć gorszy dzień i wizyta się przedłuży lub też jej termin się przesunie z powodu innych, spóźnialskich klientek. A Wy macie przecież tego dnia jeszcze trochę spraw do załatwienia. Fryzjerka, która czesała mnie w dniu ślubu, wspominała, że miewała klientki, które przychodziły do salonu na czesanie 2 godziny przed uroczystością i bardzo się martwiły, że nie zdążą…
  • Zawczasu pomyślcie, czy chcecie mieć we włosach jakieś ozdoby, np. stroiki, wianki, diademy lub kwiaty. Jeśli tak, trzeba je wcześniej kupić lub zamówić w kwiaciarni.
  • Nie zmieniajcie koloru włosów niedługo przed ślubem – coś może pójść nie tak, a przecież żadna z nas nie chciałaby mieć w ten dzień spalonych włosów…

Jak wybrać fryzjera na ślub?

Wybór fryzjera, który wykona fryzurę ślubną, to osobne zagadnienie. Moim zdaniem wiele przyszłych panien młodych niepotrzebnie decyduje się w dniu ślubu czesać u swojego dotychczasowego fryzjera. Zazwyczaj robią to ze strachu przed nieznanym, uważając, że lepiej wybrać to, co się już zna. Nie zawsze to dobry tok myślenia.

Jeśli nasz fryzjer faktycznie specjalizuje się w upięciach i fryzurach ślubnych, to świetnie – w innym przypadku warto spróbować gdzieś indziej. Najlepiej popytać wśród znajomych lub przejrzeć oferty z naszej miejscowości – ja salon, na który się zdecydowałam, poznałam z polecenia, a po przejrzeniu jego strony (zdjęcia fryzur!) od razu zapisałam się na wizytę na dzień ślubu. Ostateczną decyzję podjęłam zaś po rozmowie z fryzjerką.

No właśnie: z fryzjerem, który będzie nas w ten dzień czesał, warto wcześniej porozmawiać – nie chodzi nawet o to, by umawiać się do niego na czesanie próbne, ale o to, by zamienić z nim kilka zdań, podpytać, co według niego można zrobić z naszymi włosami, jakie mamy możliwości i czy warto coś dokupić i przynieść na wizytę. To też okazja, by ocenić, czy specjalista faktycznie jest fachowcem: czy umie doradzić? Czy jest kompetentny? Czy wychodzi z własną inicjatywą? Czy zna się na rzeczy? Możemy też podpatrzeć, jak pracuje, jak czesze i jaki ma styl.

Na końcu zamieszczam jeszcze kilka zdjęć mojej fryzury :)


Jestem ciekawa, jakie fryzury ślubne się Wam podobają, a jeśli macie ten dzień już za sobą, napiszcie, jak byłyście uczesane!


Polecam:

Popularne w tym miesiącu: